KELNER, MAŁE PIWO! Guy de Maupassant cz.1/3

Dlaczego wstąpiłem tego wieczoru do piwiarni? Nie wiem. Było zimno. Mżył drobny deszcz; pył wodny unosił się w powietrzu, przesłaniał gazowe latarnie przezroczystą mgłą i lśnił na chodnikach, a blask padający z okien wystawowych oświetlał wilgotne błoto i zabłocone obuwie przechodniów.

Szedłem bez celu. Chciałem, przejść się trochę po obiedzie. Minąłem bank Crédit Lyonnais, ulicę Vivienne, jakieś inne ulice. Wtem zauważyłem wielką, prawie pełną ludzi piwiarnię. Wszedłem tam bez powodu. Nie chciało mi się pić.

Rozejrzałem się chcąc znaleźć wygodne miejsce i usiadłem obok starszego już, jak mi się wydawało, mężczyzny, który palił tanią, glinianą, czarną jak węgiel fajkę. Sześć czy osiem szklanych spodków spiętrzonych przed nim na stoliku zdradzało ilość wypitych przezeń kufli. Nie przyjrzałem się bliżej memu. sąsiadowi. Od razu poznałem w nim piwosza, jednego z tych stałych bywalców piwiarni, którzy zasiadając w niej rano z chwilą otwarcia, wychodzą dopiero wieczorem, gdy ją zamykają. Był ubrany niechlujnie, miał pośrodku czaszki łysinę, okoloną na karku tłustymi szpakowatymi włosami, które opadały mu na kołnierz surduta. Jego zbyt obszerne ubranie zdawało się być uszyte wówczas, gdy miał brzuch. Widziało się, że spodnie ledwo się na nim trzymają i że ten człowiek nie mógłby zrobić paru kroków nie poprawiając i nie podciągając tej niedbale włożonej części garderoby. Czy miał na sobie kamizelkę? Sarna myśl o jego trzewikach i o tym, co zawierały, napełniała mnie obrzydzeniem. Wystrzępione mankiety były na brzegach aż czarne, tak samo zresztą jak jego paznokcie.

Ledwo usiadłem obok niego, jegomość zagadnął mnie spokojnie:
– Jak się masz?
Odwróciłem się gwałtownie i zacząłem mu się przyglądać.
– Widzę, że mnie nie poznajesz – dodał.
– Nie.
– Jestem des Barrets.
Zdumiałem się. Był to hrabia Jan des Barrets, mój kolega szkolny.
Uścisnąłem mu rękę zaskoczony tak bardzo, że nie wiedziałem co powiedzieć.
Wreszcie wyjąkałem: – A tobie jak się powodzi?
Odpowiedział spokojnie: – Jako tako.
Zamilkł. Chciałem być uprzejmy, szukałem słów: – A… cóż ty porabiasz?
Odpowiedział z rezygnacją: – Przecież widzisz.
Czułem, że się rumienię. Napierałem dalej: – Ale co robisz w ogóle?
– To samo – odparł wypuszczając z ust gęsty kłąb dymu. Po czym, stukając o marmur stolika monetą zawołał:
– Kelner, dwa piwa!
Czyjś daleki głos odpowiedział:
– Dwa piwa na czwórkę! – Inny głos, jeszcze dalszy, odkrzyknął piskliwie: – Oto są!
Po chwili zjawił się kelner w białym fartuchu niosąc dwa kufle, z których w biegu pryskał żółtymi kroplami na podłogę posypaną piaskiem.
Des Barrets wychylił swój kufel jednym tchem i postawił go na stole, wsysając pianę, która mu osiadła na wąsach.
Potem zapytał: – Co nowego?
Co prawda, nie miałem mu do powiedzenia nic nowego. Mruknąłem więc: – Nic szczególnego, mój stary. Jestem handlowcem.
Zapytał tym samym monotonnym głosem:
– A… czy cię to bawi?
– Nie, ale cóż? Coś przecież trzeba robić.
– Po co?
– No… żeby coś robić.
– W jakim celu? Ja tam, jak widzisz, nic nie robię, nic a nic. Gdy nie ma się grosza przy duszy, wtedy rozumiem, że musi się pracować. Ale gdy ma się z czego żyć, to zbyteczne. Po co pracować? Czy robisz to dla siebie czy dla innych? Jeśli dla siebie samego, to znaczy, że cię to bawi, dobrze; jeśli robisz to dla innych, to jesteś głupcem.
Potem kładąc fajkę na marmurze zawołał znów:
– Kelner, małe piwo! – i ciągnął dalej:
– Gdy mówię, zaczynani mieć pragnienie. Nie jestem przyzwyczajony do mówienia. Tak, nie robię nic, żyję powolutku, starzeję się. Umierając nie będę niczego żałował. Nie. Nie będę miał innych wspomnień, prócz tej piwiarni. Nie mam żony, dzieci, kłopotów, zmartwień, nic. Tak jest lepiej. Wypił piwo, które mu przyniesiono, przeciągnął językiem po wargach i sięgnął znów po fajkę.
Przyglądając mu się ze zdumieniem zapytałem:
– Ale nie zawsze byłeś taki?
– Przepraszam, zawsze, od szkolnych czasów.
– To nie jest życie, mój drogi. To okropne. Chyba jednak coś robisz, coś lubisz, masz jakichś przyjaciół?
– Nie. Wstaję w południe. Przychodzę tutaj, zjadam śniadanie, piję. piwo; potem oczekuję wieczoru, jem obiad, piję piwo.. Koło pół do drugiej w nocy wracam do domu i kładę się spać, bo tutaj zamykają. To jest dla mnie najbardziej przykre. Przez te dziesięć lat, chyba ze sześć spędziłem tu, na tej kanapce w swoim kąciku; resztę – w łóżku, nigdzie indziej. Czasem rozmawiam z tutejszymi bywalcami.
– A co robiłeś na samym początku, po przyjeździe do Paryża?
– Studiowałem prawo… w kawiarni Medycejskiej. – A później?
– Później… przeniosłem się na drugi brzeg Sekwany i zacząłem tu przychodzić.
– Po co zadałeś sobie ten trud?
– Mój drogi, przecież nie można przez całe życie siedzieć w dzielnicy Łacińskiej. Studenci są zbyt hałaśliwi. Teraz już się stąd nie ruszę. Kelner, małe piwo!
Myślałem, że kpi sobie ze mnie. Badałem go dalej.

25 stycznia 2011

Możliwość komentowania jest wyłączona.