KELNER, MAŁE PIWO! Guy de Maupassant cz.2/3

– Słuchaj no, bądźmy szczerzy. Musisz mieć jakieś poważne zmartwienie? Pewnie nieszczęśliwa miłość? Z pewnością jesteś człowiekiem, którego dotknęło nieszczęście. Ile masz lat?
– Trzydzieści trzy. Ale wyglądam przynajmniej na czterdzieści pięć.
Przyjrzałem mu się uważnie. Jego twarz pomarszczona i zaniedbana wydawała się twarzą starca. Miał ogromne brwi, gęste wąsy i brodę. Nie wiem dlaczego, w wyobraźni ujrzałem miednicę pełną czarnej wody, w której by wykąpano wszystek ten brudny zarost.
– Rzeczywiście – przyznałem – wyglądasz za staro jak na swoje lata. Z pewnością musiałeś mieć jakieś zmartwienia.
– Zapewniam cię, że nie – odpowiedział – zestarzałem się dlatego, że nigdy nie jestem na powietrzu. Nic tak nie niszczy człowieka jak życie kawiarniane.
Nie mogłem w to wierzyć – Musiałeś się dużo bawić w swoim życiu. Nie łysieje się tak jak ty, jeżeli się nie nadużywa miłości.
Potrząsnął spokojnie głową i z resztek jego włosów posypał mu się na plecy biały łupież.
– Nie. Byłem zawsze stateczny. – I podnosząc oczy na żyrandol, który z góry grzał nam głowy. – Jeśli jestem łysy – powiedział – to z winy gazu. Gaz jest wrogiem włosów. Kelner, małe piwo! Czy ty nie masz pragnienia?
– Nie, dziękuję. Ale, doprawdy, zaciekawiasz mnie. Odkąd datuje się twoje zniechęcenie do życia? To nie jest normalne, to nie jest naturalne. Coś w tym jest.
– Tak, to trwa już od mego dzieciństwa. Będąc jeszcze małym doznałem wstrząsu i to uczyniło mnie pesymistą na całe życie.
– Cóż to takiego?
– Chcesz wiedzieć? A więc posłuchaj. Pewnie pamiętasz zamek, na którym wychowałem się, bo przyjeżdżałeś tam pięć czy sześć razy podczas wakacyj. Pamiętasz ten wielki szary budynek w rozległym parku i długie dębowe aleje otwarte na cztery strony świata? Przypominasz sobie moich rodziców, ceremonialnych, uroczystych, surowych?
Uwielbiałem matkę, bałem się ojca, oboje szanowałem, gdyż byłem przyzwyczajony, że wszyscy nisko im się kłaniali. Byli znani w całej okolicy jako pan hrabia i pani hrabina; również nasi sąsiedzi, państwo Tannemare, Ravelet, Brenneville, okazywali moim rodzicom najwyższe względy.
Miałem wówczas trzynaście lat. Byłem wesół, ze wszystkiego zadowolony, słowem taki, jakim się bywa w tym wieku – pełen radości życia.
Otóż pod koniec września, na kilka dni przed moim powrotem do szkoły, bawiłem się w parkowych zaroślach w wilki; przebiegając przez jakąś alejkę zobaczyłem papę i mamę, którzy przechadzali się po parku.
Pamiętam to, jak gdyby to było wczoraj. Był bardzo wietrzny dzień. Cały rząd drzew pochylał się pod naporem wichury, jęczał, zdawał się wydawać okrzyki, głuche, basowe okrzyki, jakimi lasy rozbrzmiewają podczas burzy.
Zerwane z drzew, żółte już liście fruwały niby ptaki, wirowały w powietrzu, opadały, potem biegły przez aleje jak zwinne zwierzątka.
Nadchodził wieczór. W zaroślach było ciemno. Porywy wiatru, szamotanie się gałęzi podniecały mnie i sprawiały, że pędziłem jak szalony i wyłem naśladując wilki.
Spostrzegłszy rodziców zacząłem skradać się ku nim pod drzewami, żeby ich zaskoczyć, jak gdybym był jakimś obcym włóczęgą.
Jednak, zdjęty nagłym przerażeniem, zatrzymałem się za nimi o kilka kroków. Ojciec/uniesiony strasznym gniewem, krzyczał:
– Twoja matka jest idiotka; a zresztą nie chodzi mi o. twoją matkę, lecz o ciebie. Powtarzam ci, że potrzebuję tych pieniędzy i czekam, żebyś dała mi swój podpis.

26 stycznia 2011

Możliwość komentowania jest wyłączona.